Po drugiej stronie

Sierpień. Gorąc, wręcz skwar, wciąż bezlitośnie panuje nad całą wioską i jej mieszkańcami. Wiele upraw w tym roku nie dotrwało do zbiorów, ale rodziny w tej mieścinie już zaczynają sadzić następne. Nie ma tu miejsca na rozmyślania, gdy brak plonów oznacza też brak pożywienia i pieniędzy.

Mały Andrzej, lat dwanaście, jest podczas trudnego, pracowitego roku tylko kulą u nogi. Nawet nie dlatego, że trzeba się nim zajmować – jest spokojnym dzieckiem i potrafi siedzieć pod drzewem cały boży dzień, rozmyślając – ale dlatego, że na wsi nigdy nie ma dość rąk do pracy, a do czego się małolata nie wyśle, to sknoci.

– Jędreeek! – skrzekliwy wrzask ciotki nie unosi się daleko, pracujące maszyny, uderzenia łopat czy motyk skutecznie wypełniają okolicę ciągłym hałasem, nie do zniesienia dla kogoś nieprzyzwyczajonego. Pomimo to dociera do uszu Andrzeja. Prosili go, żeby był pod ręką, to jest.

– Zrób parę rundek do rzeki, i przynieś no trochę wody – wysapała ciotka, dysząc ciężko podczas przemowy – wiadro znajdziesz tu, pod stodołą. Skaranie boskie z tą robotą.

Chłopak mruknął coś w odpowiedzi, po czym ruszył we wskazane miejsce. Stały tam trzy wiadra – jedno pełne żółtawej, brudnej substancji, która nie przynosiła Andrzejowi na myśl niczego przyjemnego. Drugie było z kolei pęknięte. Trzecie za to miało urwaną rączkę. Chłopak skrzywił się, po czym wylał zawartość pierwszego kubła obok siebie. W powietrzu uniósł się gryzący zapach uryny.

– Gdzie te szczyny lejesz, dzieciaku! – burknął w jego stronę jeden z wielu wujów, wyciągający w tej chwili widły ze stodoły.

Chłopak westchnął tylko, złapał za wciąż cuchnące wiadro, przetarł je jakąś szmatą, a następnie ruszył wolnym krokiem przez podwórko. Odpędził psa, który oczywiście naskoczył na niego ze szczekiem, przeszedł przez otwartą bramę, powoli minął dróżkę, krocząc ostrożnie pośród krowich i końskich odchodów, wreszcie doszedł prawie do granicy lasu. Wtedy skręcił w lewo, przemaszerował jeszcze kawałek i w końcu – znalazł się nad rzeką.

Andrzej nie spodziewał się niczego niezwykłego, czy nawet przyjemnego w tym momencie, a po prawdzie, to i w ogóle niczego. Nawet będąc młodym chłopcem czuł, że nie czeka go wiele szczęścia.

Nabierając wodę do wiadra, poczuł coś dziwnego. Zdało mu się, że jego włosy poruszyły się , pomimo braku wiatru. Po chwili było mu chłodniej – przyjemniej. Zaś gdy zabrał się za wyciąganie wiadra pełnego wody, odniósł wrażenie, że coś mu pomaga unieść ciężkie naczynie.

Chłopak był zdziwiony, ale i mile zadowolony. Jednak było tego wciąż za mało, żeby przywołać uśmiech na twarz chłopca, dlatego też musiało wydarzyć się coś jeszcze.

A zatem, gdy Andrzej wracał na rodzinne podwórku, coś się stało – nie miało to być jednak miłe zdarzenie – zdziczały wilk, który musiał wyskoczyć z lasu, zawarczał donośnie, z łbem zwróconym w stronę chłopca. Z ust kapała mu ślina, a w oczach dało się dojrzeć jedynie wrogość. Po chwili, wydał z siebie głośne szczeknięcie, wręcz unieruchamiając Jędrka strachem. Nikogo nie było w pobliżu – psisko miało wreszcie zapełnić świeżym mięsem wygłodniały żołądek…

Gdy wreszcie skoczył na Jędrka z charkliwym szczekiem, jakby nowa, nieznana siła wypełniła ciało chłopaka. Sprawnym ruchem zamachnął się wiadrem, nokautując bestię i rozlewając oczywiście, nabraną ledwo co wodę.

Nie otrząsnąwszy się jeszcze z zaistniałego wydarzenia, usłyszał nagle dziewczęcy głos. Miły dla ucha.

– Proszę, możesz wziąć moją wodę – powiedziała na oko szesnastoletnia dziewczyna, podając pełne wiadro oszołomionego chłopakowi. Ten rozdziawił usta.

– Nie stój tak. Odnieś to wiadro swojej rodzinie i wracaj do mnie, wiele dobrego może się jeszcze wydarzyć.

I faktycznie, Andrzej po raz pierwszy w życiu naprawdę sięgnął po szczęście.

***

Minęło trochę lat, ale Jędrek, obecnie kierowca dostawczaka, znany jako nr 725 w jednej z większych firm w jednym z mniejszych miast, wciąż wracał myślami do chwil, które były już przeszłością. Poniekąd dlatego, że nie pamiętał wielu dobrych momentów w życiu. Ale tak naprawdę dlatego, że nie mógł zrozumieć słów, które usłyszał, gdy zapytał, co będzie dalej.

”Znajdziesz mnie po drugiej stronie słońca, gdy będziesz mnie potrzebował”. Po wszystkim zniknęła, a Andrzej zdołał osiągnąć tyle, że wyjechał do miasta, skończył wieczorowe liceum, zrobił prawo jazdy i zarabia teraz wystarczające pieniądze na wynajmowanie niewielkiego pokoju i przeżycie.

”Druga strona słońca”… – rozmyślał nie po raz pierwszy, prowadząc półciężarówkę, myśląc o tym, ile już materiałów na ten temat przeczytał. Głównie poezję, ale i parę traktatów filozoficznych dotyczących szczęścia. Czuł jednak, że żadne z poważnych i mniej poważnych dzieł nie zbliżało go do prawdy.

– Ruszaj się, idioto! – natarczywy krzyk i towarzyszący mu klakson wyrwał Andrzeja z transu, uświadamiając mu, że blokuje skrzyżowanie. – Ech, psiajucha… – westchnął, następnie włączył na dwa mrugnięcia światła awaryjne pojazdu przepraszając kierowcę czarnego Forda Mustanga. Jednak nie wydawało się, żeby uspokoiło to kierowcę, ale wręcz przeciwnie. Wściekle trąbiąc, usiłował wcisnąć się w niewielką szparę pomiędzy krańcem jezdni, a półciężarówką Andrzeja.

Tym razem to on padł ofiarę klaksonów, wciskanych przez kierowców pędzących z prostopadłej ulicy. Jędrek zerknął przez tylną szybę i zrozumiał już, dlaczego Mustang się tak spieszy – do skrzyżowania dojeżdżało kilka radiowozów na sygnale, a on najwyraźniej był przezeń ścigany.

Ford w końcu wcisnął się na pas przed Andrzeja – akurat w momencie, gdy zmieniły się światła na skrzyżowaniu, więc usiłował czym prędzej ruszyć w pełnym skręcie, umieszczając się przy tym dokładnie przed dostawczakiem, którym Andrzej nie chciał manewrować w tym czasie, aby nie doprowadzić do zniszczenia firmowego samochodu.

Wsłuchując się w będące coraz bliżej policyjne syreny, kątem oka zauważył, że jakieś dziesięć metrów od startującego pojazdu ściganego, na pasy wkroczyły dwie małe dziewczynki, nie zauważając zamieszania.

I jak w dzieciństwie podczas ataku wilka, zadziałał. Instynktownie, jakby to nie był on – sprawnie popuścił sprzęgło, wduszając jednocześnie pedał gazu, ustawiając obroty silnika akurat na takie, ze wpakował maskę swojego pojazdu pod pędzącego Mustanga.

Zgrzyt metalu. Trzaski. Ludzie pytali później oszołomionego Andrzeja, w jaki sposób zareagował tak sprawnie – całe zdarzenie trwało dosłownie kilka sekund. On sam nie wiedział. Pamiętał za to, że zaraz po kolizji, oszołomiony, ale zadowolony z siebie, wyskoczył z firmowej, zdezelowanej teraz półciężarówki, i pobiegł przez pobliskie osiedle, nie myśląc. Zatrzymał się w pobliskim parku, gdzie wszedł na wysoką górkę, w zimie popularną wśród dzieci – idealną na zjazdy saneczkowe. Roztaczał się z niej majestatyczny widok na połowę miasta. Tę połowę, z której nie dobiegały krzyki ludzi i dźwięki wydawane przez karetki, czy samochody policyjne.

Andrzej spoglądał na monumentalne budynki handlowych magnatów, rządzących miastem, aż zauważył, że są skąpane w cieniu. Cieniu, który ciągnął się od samej podstawy góry, a szedł, wydawałoby się, w siną dal, daleko poza granice miasta. Andrzej patrzył na swoje odbicie, wciąż lekko zdezorientowany, ale wydając się wiedzieć coraz więcej z każdą chwilą. W końcu spojrzał w górę, na potężne słońce, które świeciło dokładnie na niego.

I wtedy zrozumiał.

(C) Paweł Wolak, 2010

komentarze 2

  • Right on! DziaÅ‚aj, bo tylko tak wyrobisz warsztat.
    Masz parÄ™ chochlików – „wracaÅ‚ na podwórku…”.
    No i najważniejsze – główny bohater ma na imiÄ™ JÄ™drek, czy Andrzej?

    Powodzenia.

  • DziÄ™ki za komentarz. 🙂

    Na chochliki spojrzÄ™ w jakiejÅ› chwili, ale co do JÄ™drka – jest to co najmniej powszechnie uznawane zdrobnienie od Andrzeja (tak, od imienia JÄ™drzej też)

Dodaj komentarz

Twój adres pozostanie ukryty.Pola wymagane zostały oznaczone *