Błękitny Sokół

Czarnobrody stanął na pokładzie i potarmosił przybytek, za który dostał swój przydomek. Strzepnął pająka, jaki spadł mu na koszulę z bujnego zarostu, po czym krzyknął:

– Widać coś, Bulwa?
Murzyn oglądający okolicę przez lunetę zamrugał, skupił się w sobie i jeszcze raz dokładniej przestudiował mgłę.
– Mgła taka, że można by ją nożem kroić, psia mać… Ale nie! Kupiecki jakąś milę przed nami!
– Nareszcie! – wrzasnął uradowany kapitan statku – widzisz, jaki herb?
– Niedokładnie, ale… to chyba Hernelfa.
Czarnobrody splunął, po czym wysapał niejako do siebie:
– Hernelf… Sojusznik, cholera. Nie godzi się rabować…
Stojący przy nim marynarz, słysząc te słowa, odparł:
– Kapitanie, to już trzeci dzień błądzenia w tej zawszonej mgle, a porządnego łupu nie mieliśmy od dawna…
– Głodni jesteśma… – poparł go inny towarzysz.
– Głupie łby, to sojusznik! Jak się Hernelf dowie, to powłóczy nas końmi! – bronił swojego stanowiska kapitan.
– To pojedyncza galera, możemy ją zatopić – usłyszeli głos Bulwy z bocianiego gniazda – nikt jej nie odkryje…
– Tacyście głodni, psie mordy? Wara od sojuszników, bo bez paktów te morza to dla nas jeno śmierć! – Czarnobrody splunął głośno i ohydnie, by podkreślić wagę swoich słów. Ale nikt nie próbował się już odezwać, więc po chwili kapitan rzekł już spokojnie:
– Podpłyniemy do nich powoli, poprosimy o pożywienie na mocy paktu. Będzie żarcie. Gdzie płyną, Bulwa?
– Prosto na nas – odrzekł czarnoskóry, poprawiając ostrość szkła. – Nie trzeba zmieniać kursu. Cholerna mgła, nie mogę dojrzeć ludzi…
– To nic, jak dopłyną, to zobaczymy. Sternik, utrzymuj kurs!

***

***

Powoli mijały minuty, a statek kupiecki był coraz bliżej. Czarnobrody dziwił się, dlaczego wolno się do siebie zbliżają, a gdy przeszła mgła, zauważył, że żagle statku są zerwane. Zastanawiał się, dlaczego ich nie wymienili, a jeśli nie mieli zapasowych, to czemu nie wiosłowali. Jego obawy rosły, aż sięgnęły zenitu, gdy żaglowiec znalazł się około dwudziestu metrów przed nimi. A to dlatego, że nie było widać nawet jednego człowieka.

– Co jest, kurna? – zaklął do siebie, po czym rozkazał złapać łódź hakami i przejść nań kilku ludziom. Sam ruszył za nimi, na wszelki wypadek przypasając do pasa szablę.
– Dziwnie tu pusto – stwierdził, gdy stał już na pokładzie – i w ogóle… dziwnie.

Statek był cały wyludniony, żagle były rozerwane wpół, widniał na nich tylko wielki herb królestwa Arm, rządzonego przez władcę Hernelfa. Łódź była oczywiście drewniana, ale deski pokładu dziwnie pobłyskiwały na niebiesko. Poza tym wszystko wydawało się być normalne, ale marynarze poczuli straszny niepokój.

– Kapitanie, chodźmy stąd… – zaczął kwilić jeden z nich.
– Cicho – uciął Czarnobrody i począł rozglądać się uważniej, by odkryć, co mogło się tutaj stać. Zauważył, że nie było widać przytroczonych fabrycznie szalup ratunkowych, a liny, które służyły do ich opuszczania, były ucięte tak, że nie było po nich śladu. Czyli załoga statku mogła uciec, ale dlaczego?

Podrapał się po ciemieniu, po czym pochylił się i nabrał na palec trochę niebieskawej substancji. Fosforyzowała, a w dotyku przypominała jakąś gęstą ciecz. Powąchał ją, ale nie miała swojego zapachu, poczuł tylko własną skórę.

– Dobra, nie ma co tak stać – stwierdził – Munny, otwórz mostek.
Specjalnie odezwał się do Munniego, gdyż ten nie był zbyt inteligentny i jako jedyny z piątki korsarzy zdawał się nie czuć strachu. Posłusznie podszedł do wskazywanego przez kapitana miejsca i pociągnął za klapę. Otworzyła się z przenikliwym skrzypnięciem.
– Zejdź do środka i powiedz, co tam widzisz.

Munny wskoczył w dziurę, usłyszeli uderzenie twardych podkutych butów o drewno. Po chwili zabrzmiał głos marynarza:
– Nic specjalnego, kapitanie. Jeno jakieś żarło, proch i skrzynie z czymś i.. – usłyszeli dźwięk podobny do gdaknięcia – jakieś ptaszydło. Tyle.

– Ptaszydło? – zdumiał się Czarnobrody i ruszył w kierunku klapy. – Jak to możliwe?
Ptaki na świecie, jakim było Wielkie Morze, właściwie nie występowały po eksperymentach ze statkami latającymi, kilkadziesiąt lat temu. Maszyny wytworzyły masę jakiegoś pyłu, który szybko i ze stuprocentową skutecznością otruł śmiertelnie wszystkie stworzenia latające z wysp Morza. Więc nie dość, że żaden kapitan nie mógł nosić gadającej papugi na ramieniu, to ujrzenie żywego ptaka graniczyło o cud.

– A nie wiem. Ja tylko widzę niebieskie ptaszydło – odparł Munny i Czarnobrody wiedział, że on na pewno nie zastanawiał się nad możliwością istnienia zwierzaka. Kapitan sam więc zszedł na dół i przyjrzał się istocie, w jaką wgapiał się nierozumiejącym wzrokiem jego marynarz.

Nic dodać, nic ująć – spoglądał na żywego ptaka o niebieskim upierzeniu. Wtem zwierzak odpowiedział spojrzeniem, a Czarnobrody zachłysnął się własną śliną – bo jego oczy były… ludzkie. Okrągłe, z wyraźnymi źrenicami, błękitne jak i cały ptak, do tego patrzyły bardzo inteligentnym wzrokiem. Ptak gdaknął, co wyrwało Czarnobrodego ze stuporu.

– Krowie syny z góry, złaźcie tu i zanoście zapasy na naszą łódź. Śmiało, nie ma tu nic strasznego, za to żarcia i amunicji sporawe ilości.

Nie dbając o to, czy tchórzliwi marynarze posłuchali rozkazu, powrócił do lustrowania ptaka. Tamten wciąż obserwował go ludzkimi oczami. Sięgnął pamięcią do dziecięcych lat i stwierdził, że to chyba sokół. Przypomniał sobie, jak w młodości łaził po zielonych lasach na północy Armu i obserwował szybujące szkrzydlaki, jakich dzisiaj już nie ma. Po policzku popłynęła mu łza.

– Kapitanie!
Pokręcił głową i zobaczył przy sobie twarz Munniego.
– Wszystko już wyniesione. Możemy się stąd zabierać.
– Dobrze, dobrze – odparł Czarnobrody i znów się zadziwił błękitnym ptakiem, który nieprzerwanie, bez mrugnięcia, wpatrywał się w niego. Pamiętał, jak sokoły latały wysoko nad jego głową, gdy on, kilkunastoletni, zwiedzał lasy Armu. Kiedy dotarł do wielkiego jeziora, pełnego krystalicznie czystej wody… O lekkim odcieniu błękitu, jak te oczy. Przypomniał sobie, jak wszedł do jeziora, by popływać, gdy usłyszał jej roześmiany głos. Był tak piękny…

Ptak zagdakał. Czarnobrody westchnął. Głos tego sokoła jest prawie tak piękny, jak jej… Gdy go wtedy ujrzała, zarumieniła się, gdyż był nagi. Ale nie cofnęła się tylko, sama rozebrała się i weszła do jeziora. Podpłynęła do niego, a on ponownie usłyszał jej piękny głos. Nad ich głowami krążyły ptaki, tak wspaniałe jak ten, który stał przed nim. A potem…

Czarnobrody boleśnie zagryzł wargi. Potem przybyli ci dranie, wyciągnęli ich, bezbronnych, z jeziora. Przywiązali go do drzewa, a ją.. ją… Chciał jej bronić, chciał ją ratować, to go pobili. Tak bardzo, że zemdlał. A gdy się obudził, widział już tylko jej martwe ciało, okrutnie splugawione…

Z warg popłynęła krew, ale Czarnobrody nawet tego nie czuł. Zaciskał zęby jeszcze mocniej. Chciał ją wtedy uratować… Naprawdę chciał.

Sokół gdaknąl, Czarnobrody zapłakał. Przypomniał sobie – to wtedy został piratem. Po to, by się zemścić. To było dobre. Sprawiedliwe.

– Nie! – usłyszał w głowie zdecydowany głos.
”Nie? To było dobre. Śmierć za śmierć. Nie masz racji, sokole.” Przypomniał sobie, gdy odnalazł jednego z jej zabójców i bez wahania go zamordował. Miały wtedy dwadzieścia kilka lat i chciał żyć tylko po to, by ją pomścić.
– Może być inaczej – znów usłyszał głos sokoła.
Zobaczył jezioro, widział siebie i ją, ale nie widział tamtych plugawców. Widział za to sokoły. A gdy pojawili się tamci, ptaki ich odgoniły. Był z nią. Razem. Bezpiecznie…
– Może być inaczej. Tylko mi zaufaj. Powiedz, że tego chcesz.
Czarnobrody patrzył w te ludzkie oczy i zobaczył w nich ją.
– Tak. – wyszeptał, nie zwracając uwagi na to, że oczy sokoła zmieniły barwę i były krwistoczerwone, a on sam zbliżał się ku niemu. Rozmarzony uśmiech wypełzł na jego twarz.

***

– Kapitanie! – wrzasnął Munny, który postanowił sprawdzić, co dzieje się z jego dowódcą.

Ale było już za późno. Czarnobrody leżał pod pokładem z rozrzuconymi rękami, z krwią na całej twarzy, a w jego torsie widniała ogromna dziura. Wtem zaczęła wypływać z niej błękitna maź, z każdą chwilą było jej coraz więcej. W moment stopiła ciało kapitana, a gdy dotknęla ręki Munniego, ten zaryczał potwornie i zwyczajnie rozpłynął się w powietrzu. Gęsta ciecz wytrysnęla spod mostku na całą szerokość pokładu, pochłaniając w okamgnieniu niczego nieświadomych marynarzy. Strzelała w górę coraz silniej, aż potężny jej strumień trafił w statek Czarnobrodego, niszcząc go doszczętnie. Wtedy strumień zaczął się stopniowo uspokajać, aż wreszcie zanikł, zostawiając tylko delikatną warstwę cieczy na statku z herbem Hernelfa.

Wówczas sokół, który dotychczas krążył wysoko nad morzem napawając się widokiem, zleciał z powrotem na statek. Zerknął w stronę, gdzie zaczepione były haki, ale ciecz je zmyła, nie było po nich śladu. Uśmiechnął się dziobem, zaskakująco ludzko jak na ptaka, po czym gdaknął pięknym głosem, a statek powoli ruszył z wiatrem.

(C) Paweł Wolak, 2007

Brak komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres pozostanie ukryty.Pola wymagane zostały oznaczone *